POCZĄTEK

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dziś upływa tydzień, odkąd się tu znalazłam. Dwa dni odkąd opadło oszołomienie i stąpam dwoma nogami po singapurskiej Ziemi.

Na pewno szybką aklimatyzację ułatwiło doświadczenie w przeprowadzkach (choć do tej pory nie było to nigdy o dalej niż klika tysięcy kilometrów) oraz znalezienie lokum jeszcze przed przyjazdem (i tutaj ukłon w stronę Maćka za jego nieoceniona pomoc, jeśli kiedykolwiek to przeczyta:).

Tak więc od 7 dni tutaj jest mój nowy dom.

Pierwszy w życiu lot biznes klasą był bardzo smaczny, komfortowy, chociaż bez szału. Najważniejsze, że sobie tam specjalnie nie narobiłam wstydu.

Na granicy wbili mi tylko pieczątkę i wbrew różnym spekulacjom, nie odesłali z powrotem za brak pozwolenia na pracę, nie sprawdzali bagażu i nie zadawali żadnych podchwytliwych pytań.

Nawet do taksówki na lotnisku stoi się w kolejce…

Pierwsze wrażenie: jak tu zielono!!!

Właściciel mieszkania czekał na mnie w bramie. Lokalny hipis sięgający mi do ramienia, natomiast bardzo zwinny, więc gdy zabrał mnie w parę miejsc na mieście, co chwila traciłam go z oczu jak dziecko w tłumie 🙂

Mam szczęście, jest bardzo uprzejmy, bezproblemowy i pomocny. Niewiarygodne szczęście biorąc pod uwagę, że tutaj mieszkania wynajmuje się praktycznie tylko przez agencje (=dodatkowy koszt za pośrednictwo, brak bezpośredniego kontaktu z właścicielem i mała elastyczność)

Generalnie kolejny raz po Krakowie, Irlandii, Hiszpanii i Szwajcarii, co się tyczy mieszkania, spadłam, jak kot, na cztery łapy.

Jest śliczne, nowe, tańsze niż zakładałam (choć uwaga, droższe niż w Genewie), warunki umowy lepsze niż standardowe… do tego basen, siłownia, miejsce na grilla i 24-godzinna ochrona 🙂

Muszę natomiast przyzwyczaję się do dojazdów i odległości w tym mieście… Do pracy mam 40 minut.

Pierwsze dni… przede wszystkim sen sen i jeszcze raz sen (mój rekord to do godziny 15), wizyta w okolicznym centrum handlowym żeby uporać się z kontem bankowym, abonamentem na internet itp. Oraz dokonanie pierwszego i najważniejszego chyba w tym klimacie zakupu: CROCSy uratowały mnie gdy ni stad ni zowąd zostałam w owym centrum handlowym uziemiona ze względu na oberwanie chmury. Pewnie często będą mnie tu spotykały takie niespodzianki.

Poza tym pogodna jest po prostu PRZYJEMNA. Nie jest ani tak ekstremalnie gorąco ani wilgotno jak się spodziewałam. Nastawiałam się na coś nie do zniesienia, a jest po prostu wieczne, przyjemne lato.

Tak jak można było się spodziewać pierwsze dni to na zmianę: radość i łzy (mam tak przy kazdej przeprowadzce w nowe miejsce) więc po prostu czekam jak minie. Zresztą chyba minęło już, choć nie chcę zapeszać.

A oto i najistotniejsze wrażenia do tej pory:

tak, „białych” jest tu trochę… ale w centrum… w mojej dzielni widuję średnio 3-5 białych osób dziennie…

pierwsza napotkana reakcja tubylca ( pana z okienka w banku) na słowo „Polska”: „wow, wy tam macie 4 pory roku!”

zakupy… automatycznie przyciągnęły mnie regały z wszystkim, co wyglądało znajomo… smakuje natomiast mdło i sztucznie… 😦 można dostać tu większość produktów dostępnych w Europie, natomiast produkowanych w Australii lub Nowej Zelandii. Ceny takiego „zachodniego” jedzenia są nawet wyższe od Szwajcarskich (6,5 SGD czyli ok 15zł za bochenek „europejskiego” chleba)

wysilają się jak mogą, żeby wprowadzić zachodnie pieczywo… ale tu podobnie: chleb, drożdżówki, wszystko jest dostępne, ale równie mdłe i słodkie… kiepska i droga atrapa (za drożdżówkę na śniadanie płacę WIĘCEJ ) niż za 2-daniowy lokalny obiad!!!). Świeże, lokalne dania są BARDZO tanie i dostępne WSZĘDZIE. Nie ma sensu gotować w domu!

ogólnie jedzenie może być albo BARDZO smaczne… albo tak dziwne, że po kilku kęsach zostawiam…

centrum Singapuru to robiąca wrażenie metropolia, pełna drogich i eleganckich „zachodnich” miejsc, gdzie ceny potrafią być 10 razy wyższe niż w innych dzielnicach, pełna zachodnich biznesmenów i turystów (tzn. spotyka się ich częściej nić 3 sztuki na dzień, natomiast biali stanowię i tak zdecydowaną mniejszość…)

w supermarkecie, w dziale elektronicznym zszokował mnie wybór urządzeń do gotowania ryżu… jest ich więcej niż żelazek czy odkurzaczy!

mają tu obsesję na temat produktów… szwajcarskich!!! serów, czekolad, muesli… stoiska z tradycyjnymi szwajcarskimi produktami można znaleźć w centrach handlowych, najlepsza piekarnia to podobno „Swiss Bake”, w telewizji reklamuje się Szwajcarię i szwajcarską jakość, nawet do hamburgera dostałam ketchup o nazwie „szwajcarski miś”

język… cóż.. w McDonalds zamówiłam lokalny napój „Milo” natomiast dostałam… Colę… tak jak dla nas niezrozumiały jest azjatycki akcent tak oni tutaj nie rozumieją „zachodniego” angielskiego i dziwią się o co nam chodzi! Zajęło mi kilka dobrych minut żeby spostrzec się, że Pan Hostess w supermarkecie krzyczy przez megafon nie po chińsku, ale angielsku…zrozumiałam tylko „five dolars” i „special offer”

„can” zastępuje „tak” czy „ok”; „czy to kosztuje 5 dolarów?” „can!”, „po proszę jedną sztukę”, „can!”

kościół podczas niedzielnej mszy był pełny… po wejściu do kościoła pan wskazał mi miejsce gdzie mam sie udać… usiadłam tam gdzie mi się akurat trafiło, ale inny „porządkowy” kazał mi się przesiąść i wskazał inną, widocznie bardziej odpowiednią dla mnie, ławkę… inny „porządkowy” w trakcie mszy słysząc płacz dziecka przybiegł niczym strażak i wyprowadził ojca z rozbeczanym maleństwem. Kolejka do komunii też jest ustalona. Natomiast msza jest bardzo żywa, piękny śpiew i cala aranżacja. Ilość napotkanych „Białych” – też ok 5 sztuk

jest tu masa różnych świątyń: hinduskich, meczetów, buddyjskich i różnych, słabo mi znanych, odmian chrześcijaństwa.

Dziś pierwszy dzień pracy… o czym następnym razem 🙂

Dziś upływa tydzień, odkąd się tu znalazłam. Dwa dni odkąd opadło oszołomienie i stąpam dwoma nogami po singapurskiej Ziemi.

Na pewno szybką aklimatyzację ułatwiło doświadczenie w przeprowadzkach (choć do tej pory nie było to nigdy o dalej niż klika tysięcy kilometrów) oraz znalezienie lokum jeszcze przed przyjazdem (i tutaj ukłon w stronę Maćka za jego nieoceniona pomoc, jeśli kiedykolwiek to przeczyta:).

Tak więc od 7 dni tutaj jest mój nowy dom.

Pierwszy w życiu lot biznes klasą był bardzo smaczny, komfortowy, chociaż bez szału. Najważniejsze, że sobie tam specjalnie nie narobiłam wstydu.

Na granicy wbili mi tylko pieczątkę i wbrew różnym spekulacjom, nie odesłali z powrotem za brak pozwolenia na pracę, nie sprawdzali bagażu i nie zadawali żadnych podchwytliwych pytań.

Nawet do taksówki na lotnisku stoi się w kolejce…

Pierwsze wrażenie: jak tu zielono!!!

Właściciel mieszkania czekał na mnie w bramie. Lokalny hipis sięgający mi do ramienia, natomiast bardzo zwinny, więc gdy zabrał mnie w parę miejsc na mieście, co chwila traciłam go z oczu jak dziecko w tłumie 🙂

Mam szczęście, jest bardzo uprzejmy, bezproblemowy i pomocny. Niewiarygodne szczęście biorąc pod uwagę, że tutaj mieszkania wynajmuje się praktycznie tylko przez agencje (=dodatkowy koszt za pośrednictwo, brak bezpośredniego kontaktu z właścicielem i mała elastyczność)

Generalnie kolejny raz po Krakowie, Irlandii, Hiszpanii i Szwajcarii, co się tyczy mieszkania, spadłam, jak kot, na cztery łapy.

Jest śliczne, nowe, tańsze niż zakładałam (choć uwaga, droższe niż w Genewie), warunki umowy lepsze niż standardowe… do tego basen, siłownia, miejsce na grilla i 24-godzinna ochrona 🙂

Muszę natomiast przyzwyczaję się do dojazdów i odległości w tym mieście… Do pracy mam 40 minut.

Pierwsze dni… przede wszystkim sen sen i jeszcze raz sen (mój rekord to do godziny 15), wizyta w okolicznym centrum handlowym żeby uporać się z kontem bankowym, abonamentem na internet itp. Oraz dokonanie pierwszego i najważniejszego chyba w tym klimacie zakupu: CROCSy uratowały mnie gdy ni stad ni zowąd zostałam w owym centrum handlowym uziemiona ze względu na oberwanie chmury. Pewnie często będą mnie tu spotykały takie niespodzianki.

Poza tym pogodna jest po prostu PRZYJEMNA. Nie jest ani tak ekstremalnie gorąco ani wilgotno jak się spodziewałam. Nastawiałam się na coś nie do zniesienia, a jest po prostu wieczne, przyjemne lato.

Tak jak można było się spodziewać pierwsze dni to na zmianę: radość i łzy (mam tak przy kazdej przeprowadzce w nowe miejsce) więc po prostu czekam jak minie. Zresztą chyba minęło już, choć nie chcę zapeszać.

A oto i najistotniejsze wrażenia do tej pory:

  • tak, „białych” jest tu trochę… ale w centrum… w mojej dzielni widuję średnio 3-5 białych osób dziennie…
  • pierwsza napotkana reakcja tubylca ( pana z okienka w banku) na słowo „Polska”: „wow, wy tam macie 4 pory roku!”
  • zakupy… automatycznie przyciągnęły mnie regały z wszystkim, co wyglądało znajomo… smakuje natomiast mdło i sztucznie… 😦 można dostać tu większość produktów dostępnych w Europie, natomiast produkowanych w Australii lub Nowej Zelandii. Ceny takiego „zachodniego” jedzenia są nawet wyższe od Szwajcarskich (6,5 SGD czyli ok 15zł za bochenek „europejskiego” chleba)
  • wysilają się jak mogą, żeby wprowadzić zachodnie pieczywo… ale tu podobnie: chleb, drożdżówki, wszystko jest dostępne, ale równie mdłe i słodkie… kiepska i droga atrapa (za drożdżówkę na śniadanie płacę WIĘCEJ ) niż za 2-daniowy lokalny obiad!!!). Świeże, lokalne dania są BARDZO tanie i dostępne WSZĘDZIE. Nie ma sensu gotować w domu!
  • ogólnie jedzenie może być albo BARDZO smaczne… albo tak dziwne, że po kilku kęsach zostawiam…
  • centrum Singapuru to robiąca wrażenie metropolia, pełna drogich i eleganckich „zachodnich” miejsc, gdzie ceny potrafią być 10 razy wyższe niż w innych dzielnicach, pełna zachodnich biznesmenów i turystów (tzn. spotyka się ich częściej nić 3 sztuki na dzień, natomiast biali stanowię i tak zdecydowaną mniejszość…)
  • w supermarkecie, w dziale elektronicznym zszokował mnie wybór urządzeń do gotowania ryżu… jest ich więcej niż żelazek czy odkurzaczy!
  • mają tu obsesję na temat produktów… szwajcarskich!!! serów, czekolad, muesli… stoiska z tradycyjnymi szwajcarskimi produktami można znaleźć w centrach handlowych, najlepsza piekarnia to podobno „Swiss Bake”, w telewizji reklamuje się Szwajcarię i szwajcarską jakość, nawet do hamburgera dostałam ketchup o nazwie „szwajcarski miś”
  • język… cóż.. w McDonalds zamówiłam lokalny napój „Milo” natomiast dostałam… Colę… tak jak dla nas niezrozumiały jest azjatycki akcent tak oni tutaj nie rozumieją „zachodniego” angielskiego i dziwią się o co nam chodzi! Zajęło mi kilka dobrych minut żeby spostrzec się, że Pan Hostess w supermarkecie krzyczy przez megafon nie po chińsku, ale angielsku…zrozumiałam tylko „five dolars” i „special offer”
  • „can” zastępuje „tak” czy „ok”; „czy to kosztuje 5 dolarów?” „can!”, „po proszę jedną sztukę”, „can!”
  • kościół podczas niedzielnej mszy był pełny… po wejściu do kościoła pan wskazał mi miejsce gdzie mam sie udać… usiadłam tam gdzie mi się akurat trafiło, ale inny „porządkowy” kazał mi się przesiąść i wskazał inną, widocznie bardziej odpowiednią dla mnie, ławkę… inny „porządkowy” w trakcie mszy słysząc płacz dziecka przybiegł niczym strażak i wyprowadził ojca z rozbeczanym maleństwem. Kolejka do komunii też jest ustalona. Natomiast msza jest bardzo żywa, piękny śpiew i cala aranżacja. Ilość napotkanych „Białych” – też ok 5 sztuk
  • jest tu masa różnych świątyń: hinduskich, meczetów, buddyjskich i różnych, słabo mi znanych, odmian chrześcijaństwa.

Dziś pierwszy dzień pracy… o czym następnym razem 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s