Tydzień drugi

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jak do tej pory jedyny mój problem w tym mieście jest taki, że dzieje się tu za dużo. Cały tydzień, 24, no żeby nie przesadzić jakieś 18 godzin na dobę. Mój charakter maksymalisty sprawia, że ciężko mi te wszystkie możliwości omijać. Pogoda również nie zachęca, aby zasiąść w domu przed komputerem. Na razie samo spacerowanie po tym mieście bez konkretnego celu jest fascynujące. Ale żeby nie wpaść w kolejne błędne koło stresu i zmęczenia, dziś wieczór w domu i nadrabianie blogowo-mailowych zaległości.

Sama dziwię się, jak szybko udało mi się zaaklimatyzować. Czuję się jak u siebie (nawet gdy czasem tracę rozeznanie gdzie jestem). Nawet chyba trochę mniej się już pocę 🙂 Nie uważam Singapuru za idealne miejsce do życia (Europa z całym jej dziedzictwem kulturowym jest nie do przebicia), natomiast idealne miejsce do bycia (na jakiś czas) na pewno!

Jak na 5 milionowe miasto-państwo jest SPOKOJNIE. Dużo ludzi (jak to w Azji), ale nie czuć pośpiechu, stresu i nikt sobie wzajemnie nie przeszkadza. Większy pęd niż tu, czułam w Krakowie. Z pewnością to zasługa dalekowschodniej kultury, jak i polityki państwa, które na różne sposoby stara się utrzymywać szeroko pojęty porządek. Na metro czy na taksówkę (nawet nad ranem) czeka się w kolejce i nikt nie próbuje na żaden sposób dostać się na przód.

Nadal widuję średnio trzy białe osoby dziennie w mojej dzielnicy, w centrum może jakieś 10-20% białych. Natomiast serwują tu chyba każdą kuchnię świata (łącznie ze szwajcarską – Szwajcaria to tutaj na prawdę jakaś obsesja), kupić można produkty z każego miesjca na ziemi (dużo drożej), tańczyć salsę (sprawdziłam), świętować irlandzkiego Świętego Patryka, uczestniczyć w każdym możliwym kulcie religijnym i spotkać wiele osób z całego świata w podobnej do mojej sytuacji.

Jestem pod wrażeniem zieleni! Na głównej ulicy handlowej śpiew ptaków jest głośniejszy niż ruch uliczny. Nigdy wcześniej szczególnie nie zachwycały mnie drzewa, a tutaj odkryłam w sobie podziw do nich 🙂 Kombinacje zieleni z nowoczesną architekturą też robią wrażenie.

Tutejsi są bardzo uprzejmi i uśmiechnięci, zainteresowani, choć mało wylewni. Gdy kasjerce czy taksówkarzowi życzę miłego dnia, zaniemawiają. Z reguły albo ich angielskie słownictwo nie obejmuje tego wyrażenia, albo nie wiedzą jak sobie radzić z tak spersonalizowanym przekazem.

Mam nadzięję, że blog niezostanie zablokowany ze względu na niepoprawne politycznie treści, ale na wszelki wypadek żeby uniknąć wszelkich niejasności, na samym początku sprostuję: wstydzę się za to co teraz powiem / boli mnie / dziwi i uważam za niesprawiedliwe, że…

Czuję jak tutaj białych ludzi uważa się za wyższą klasę. Ja jestem w takim metrze jedna, ich kilkaset, a mimo to czuję, że spotykam się z… jak to nazwać… kombinacją respektu z podziwem. Mam wrażenie, że jako młoda, biała kobieta w dodatku nie przypominająca figurą azjatki, jestem czymś jakby niedostępnym, jakimś ewenementem. Najbardziej czuć to ze strony generacji od wieku 40 lat wzwyż. Taka pozostałość kolonializmu…

Wstydzę się, że są miejsca czy osoby, w których i przy któych nie potrafię… jeść. Nie jem lunchu w pracy, między innymi dlatego, że sposób jedzenia hindusów czy chińczyków po prostu mnie obrzydza. Zdarzyło mi się prawie nie tknąć hamburgera, bo byłam otoczona samymi azjatami. Nie mogłam się przemóc. Mimo, że każdy gastronomiczny zakątek jest schludny i higieniczny.

„Nie zaskoczyło” między mną a azjatyckim temperamentem. Żeby nie generalizować, uściślę: chiński i japoński jest dla mnie najmniej zrozumiały. Malezja, Vietnam, Indie trochę bardziej. Z Filipińczykami, Indonezyjczykami i Koreańczykami najłatwiej mi się porozumieć z wszystkich pozostałych. Natomiast dalej twierdzę, że to zdecydowanie nie moje klimaty. Ale cieszę się, że jestem wystawiona na takie interakcje, bo to zupełnie egzotyczne dla mnie i poza moją zoną komfortu.

Wielu „zachodnich”, z którymi rozmawiałam myśli podobnie. Zgodziła się ze mną w stu procentach moja nowa koleżanka z Rosji, która wprowadziła mnie w życie nocne Singapuru i zaprowadziła do wyjątkowego Clarke Quay. Jeszcze nie widziałam takiego wyboru barów i restauracji w jednym miejscu. Zakochałyśmy się w głosie pewnej dziewczyny, która w jednym z klubów śpiewała na żywo. Stamtąd prosto do klubu salsy i tak wyglądały nasze weekendowe wieczory. A ja po raz pierwszy mam bliższą znajomą z Rosji, którą mogłam spytać co tak naprawdę młoda Rosja myśli o polityce Putina, o ustroju i obecnej sytuacji. Interesujące.

Zapowiada się kilkutygodniowe niepisanie, gdyż w następnych tygodniach czas wolny w całości poświęcony będzie Jonasowi :))) bardzo ciekawa jestem, jakie będą jego wrażenia. Czeka nas Wielkanoc na Borneo i wspólne odkrywanie Singapuru.

Na koniec ciekawostka / fenomen. Uwaga. Rosnę?!

Przez kilka dni na siłę, niczym siostry kopciuszka, zakładałam różne ulubione pary butów wmawiając sobie, że PRZECIEŻ SĄ DOBRE. Na szczęście w porę odbyłam rozmowę z moją przełożoną, i doznałam olśnienia gdy powiedziała „nie zdziw się, jak Twoja stopa urośnie o rozmiar”. Właśnie to mnie spotkało. Moja stopa jest tu o rozmiar większa niż w Europie. Mówię zupełnie poważnie. Najwygodniej jest mi w sandałach, większość zakrytch butów, szczególnie eleganckich, wąskich, pozostanie nietknięta aż do pobytu w Polsce. Stopy puchną w tym upale i buty trzeba zmienić na rozmiar większe. Dziwne, że słyszałam to od kilku osób, natomiast nie dotyczy to wszystkich. Może niedługo „amerykańscy naukowcy” odkryją dlaczego.

Aś.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Tydzień drugi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s