Borneo – pierwsze wakacje w Azji

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dlaczego zaczęliśmy od Borneo? Za rekomendacją szefa, dzięki któremu się w Singapurze znalazłam… Opowiedział mi jak po wspinaczce na Mount Kinabalu przez tydzień nie mógł chodzić po schodach i zaakceptowałam wyzwanie. Inny kolega opowiadał o nurkowaniu na wyspach… I ułożyło się to w logiczny plan 10 dni w Malezyjskiej części Borneo.

Mieliśmy również szczęście (czy kiedykolwiek podróżując razem go nie mieliśmy?! A może to nie ciągłe szczęście tylko dostrzeganie pozytywnych stron w każdej przygodzie, która nam się przytrafia?), że trafiliśmy na wspaniałych ludzi rezerwując noclegi (niech żyje Airbnb). Dostaliśmy od nich tyle przydatnych informacji, tyle pomocy i dzięki nim nasz plan nabrał kształtu.

Lotnisko w Kota Kinabalu przypomina Dworzec Autobusowy w Gorlicach. Prowizorka.

Plaża nie należy do najprzyjemniejszych, a stragany z jedzeniem – do najbardziej higienicznych i zachęcających. Nic nadzwyczajnego w Azji, to Singapur po prostu jest tak niesmamowicie higieniczny, że wysoko stawia poprzeczkę. W mieszkaniu gdzie mamy nocleg panuje typowo azjatycki domowy nieład, czyli wszystko jest wszędzie. Buty zostawiamy w progu, ich noszenie w mieszkaniu to brak szacunku.

Oczywiście w każdej naszej podróży nie może zabraknąć pociągu. Trochę szperania w internecie i odkryliśmy, że istnieje coś poza turystyczną przejażdżką kilkudziesięciu kilometrów za równowartość 250 zł. Tą samą trasą można przejechać regularnym pociągiem za 10 zł. Jesteśmy atrakcją, pociągiem jeździ niewiele miejscowych, a co dopiero białych. Dojeżdżamy do Beaufort w którym oprócz biedy i bałaganu nie ma nic, więc stwierdzamy, że da się w nasz program upchnąć jeszcze spływ rzeką. Wsiadamy do taksówki, taksówkarzowi zlecamy załatwienie reszty: czyli znalezienie osoby z łódką. Jonasowi w porę przypomina się, że tu nigdy nie można zgadzać się na pierwszą cenę i staje na 1/3 ceny wyjściowej za 3 razy dłuższy spływ. Taksówkarz zostaje z nami, bo tylko on mówi po angielsku. Na marginesie, łódkę obsługiwał na oko 10 letni chłopiec, a tata siedział i palił papierosa. Potem jeszcze chłopiec w podobnym wieku będzie tankował nam samochód… nie do pomyślenia.

Udaje nam się zobaczyć dość dużo małp. Krokodyle niestety śpią pod nami na dnie, wychodzą dopiero wieczorem i tylko na wieczornych rejsach można je zobaczyć.

Na kolację trafiamy do zachwalanej przez naszego gospodarza „restauracji Austriaka”… jak się później okazało wujek Frankie po prostu lubi łapać wszelkie okazje a u „Austriaka” jest bufet i najeść się można do woli. Co z tego, jeśli jest tak obleśnie, że niewiele możemy przełknąć.

Właściciel, na oko 50letni Austriak z brzuchem piwnym i oblany potem jest w okolicy guru. Biały biznesmen.

Dzień kolejny, wyruszamy w kierunku Mt Kinabalu. Pobudka o 5, Jonasa debiut za kierownicą po prawej stronie i nie działający GPS, ale udaje nam się jeszcze zjeść śniadanie w obleśnej scenerii i stawić się o 7.30 na miejscu gdzie czeka na nas przewodnik. Przygodę czas zacząć. Przed nami 6 km dnia pierwszego i 1400 m wzniesienia. Piękna przyroda i nie byłoby najgorzej, gdyby nie moje problemy z oddychaniem. Zastanawiam się co mi odbiło, bo oczywiście pomysł zdobycia Mt. Kinabalu był mój, a teraz cierpię.

Nasz przewodnik jest z regionu i zna okoliczne góry jak własną kieszeń. Wchodzi na Mt Kinabalu i kilka razy w miesiącu. To jeszcze nic, mijamy na swojej drodze, a raczej mija nas około 20-30 porterów… którzy noszą wszystko…. od bagażu turystów po gaz w butlach. Wszystko, do schroniska, w którym zatrzymamy się na noc tak właśnie jest transportowane: woda pitna i pożywienie dla 200 osób dziennie! Nowoczesne niewolnictwo czy sposób na życie? Mają płacone od kilograma, przy wnoszeniu ok 50 kg i 4 wejściach myślę, że mogą zarobić miesięczną pensję… Przerażające.

Dochodzimy do schroniska Laban Rata ok godziny 15, ja z ogromnym bólem głowy – to pewnie niedotlenienie i wysokość – jesteśmy na 3300 m.n.p.m. Powątpiewam, czy tutaj nie skończy się moja wspinaczka. Spędzamy kolację z poznanymi na szlaku Hiszpanką, Włochem, Szwedką i Australijką… Jakoś automatycznie zawsze ciągnie nas do „białych”, a w dodatku w tym całym zmęczeniu mam zamiar udusić wszystkich siorbających i jedzących palcami Azjatów. O prysznicu możemy zapomnieć. Nie ma bieżącej wody. Na 220 osób 2 toalety damskie i dwie męskie ledwo działające. Generalnie wszystko napawa obrzydzeniem. Jak tu wypocząć, żeby wstać przed 2 nad ranem i wejść na szczyt. Nie śpimy, leżymy w półśnie. To, co podają rano nazywa się kolacją, na śniadanie przyjdziemy w drodze powrotnej.

Drogę na sam szczyt, ostatnie 2,7 km i 1000 m wspominam najmilej mimo, że idziemy z latarkami po skałach wspierając się na linach. Oddycha mi sie lżej, docieramy jako jedni z pierwszych. Jest natomiast tak zimno, że trzęsę się jak osika i chowam w kapturze, widoki ledwo widzę. Jest niesamowicie, ale pod dużo większym wrażeniem jestem oglądając zdjęcia niż marznąć na gołym szczycie w wietrze. W końcu wschodzi słońce, a z nim moment dumy i euforii. Dałam radę! Bo to, że Jonas da, było jasne. Jesteśmy na Low’s Peak, 4095 m.n.p.m, najwyższym szczycie archipelagu malejskiego i prawdopodobnie Azji Południowo-Wschodniej.

Po śniadaniu i kilku Apapach na chorobę wysokościową, schodzimy. Wchodziliśmy, było 6 km do schroniska. Schodzimy i wydaje się, że jest ich 60 i 10 tysięcy schodów. Schody schody niekończące się schody i każdy schodek to ból mięśni i głowy przy stąpnięciu nogą. Na szczęście z Hiszpanką i Włochem mamy z tego zmęczenia wielki ubaw. Końca nie widać a każdy ruch nogą, to nie zakwas, to ból! Granica wytrzymałości, w sumie moglibyśmy tak iść jeszcze 3 razy dłużej, bo już nic nam nie robi różnicy.

A najgorszy w tym wszystkim jest… kolejny niezjadliwy obiad, który dostajemy na dolej, w obleśnym miejscu na plastikowych talerzach i stołkach. Zapłaciłabym i za 5-gwiazdkowy hotel, gdyby tylko był taki w okolicy. Trafiamy do czegoś, co bardziej przypomina domek ogrodowy i wszystko jest lekko starawe, ale przynajmniej czyste. Przesypiamy 15 godzin, budzi nas wschód słońca zza Mount Kinabalu, na którego szczycie byliśmy dzień wcześniej. Wyspany człowiek inaczej patrzy na świat. Hotel wydaje się czystszy, śniadanie pyszne i ledwo mówiąca po angielsku obsługa bardzo miła.

Ruszamy przez góry na północ w stronę Kudat. Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że jesteśmy w kraju 3go świata. Drogi w sumie jak w Polsce, ale to co przy tych drogach…

Zbitki desek, w których mieszkają ludzie, plątające się wszędzie dziwne psy, restauracje i kawiarnie przypominające piwnice, bród i niechlujność połączona z tropikalną przyrodą. Dojeżdżamy na wybrzeże i trafiamy do r a j u. Pierwszą tego oznaką jest, nareszcie, przepyszny obiad robiony w higienicznych warunkach na naszych oczach, w nastrojowym miejscu z widokiem na morze ! nareszcie! po raz pierwszy od 5 dni jemy coś normalnego, czystego, co do czego nie mamy podejrzeń. Zachód słońca na północnym przylądku. Jak tylko wychodzimy z samochodu od razu widać, że wracamy z Kinabalu. Każdy ruch nogą sprawia ból, aż mi się gwiazdki przed oczami pojawiają, nogi to jeden wielki skurcz, mięśnie jak kamień. Tak będzie jeszcze przez następne 3 dni.

Już po zmroku trafiamy do naszego wyczekiwanego domku przy prywatnej plaży, na odludziu i jest jeszcze lepiej niż na stronie internetowej. R A J to mało. Jesteśmy w strzeżonej dżungli, mamy plaże dla siebie, nie ma nikogo oprócz nas (i strażnika nocnego) tylko szum morza i odgłosy zwierząt. Nowoczesny domek z zachowaniem tradycyjnego stylu, cudowny wystrój, meble, kolory… Raj, dopóki Jonas nie rzuca swojego „muszę Ci coś powiedzieć” z taką powagą, że wiem, że żart to nie będzie. GEKONY, nieeeeee!!!! Największa w życiu fobia, jaką w sobie odkryłam to właśnie gekony. Nie mogę na nie nawet patrzeć, ani o nich myśleć. A tymczasem one spokojnie mieszkają sobie na naszym suficie między deskami, w dodatku w nocy wydają odgłos, jakby były 5 razy większe niż w rzeczywistości są. Na szczęście mamy siatkę ochronną zawieszoną nad łóżkiem, więc mogę zasnąć mając pewność, że żaden nie spadnie mi na twarz. Jonas musi sprawdzać czy teren jest czysty przed każdą moją wizytą w łazience i nie może mnie zostawić z gekonami samej. Moje reakcje na nie są niekontrolowane.

I tak spędzamy kilka dni w totalnym raju, ze świeżymi owocami na śniadanie, pysznymi obiadami w najlepszej napotkanej na Borneo restauracji, na leżaku patrząc na tę ogromną przestrzeń zarezerwowaną tylko dla nas i w turkusowej wodzie.

Dzięki ukąszeniu wielkiej i paskudnej stonogi, napotkaniu węża i poparzeniu przez meduzy (to wszystko ja, Jonas nic a nic) nie żałuję, że jesteśmy tam tylko 3 dni.

Kolejny nocleg na Kokol Hill z zapierającym dech w piersiach widokiem na miasto i okoliczne wyspy. Nasza romantyczna kolacja okazuje się tak pikantna, że Jonas danie główne miesza z lodem waniliowym, żeby móc je przełknąć. Odwiedzamy jeszcze drugi po Mt Kinabalu znak rozpoznawczy Borneo: orangutany. Borneo jest jednym z 2 na świecie miejsc, gdzie orangutany żyją nadal w swoim naturalnym środowisku. Musimy niestety zrezygnować z oddalonego o 7 godzin drogi (Borneo jest wielkości Francji, odległości są spore) słynnego sanktuarium orangutanów, razem z lasem równikowym zostawiamy je sobie na raz następny i zahaczamy o namiastkę gdzie na jednego orangutana nie przesadzając przypada ok 50 turystów w jednej porze karmienia a to wszystko przed luksusowym hotelem . Ostatni na Borneo zachód słońca oglądamy przy przepysznej kolacji w luksusowym ośrodku. Wreszcie powrót do cywilizacji.

Dzień naszego wyjazdu przypada na Niedzielę Wielkanocną. W Malezji Islam stanowi ok. 60-70 procent. Zaskoczona jestem ile jest katolickich kościołów i nawet msza po angielsku kilka razy dziennie, może Borneo zaniża te statystyki? Kościół jest pełny, dla nas miejsce już tylko na zewnątrz na plastikowym krzesełku. Ołtarz można oglądać na telewizorze jak transmisję. Ważny element dekoracji kościoła stanowią wentylatory. Śniadanie wielkanocne kosztuje nas zdecydowanie za dużo jak na Malezję, ale jest też zdecydowanie lepsze. Potem jeszcze ostatkami sił wizyta i kupno kilku pamiątek na śmierdzącym durianem Gaja Market i spacer po okropnym i obskórnym centrum Kota Kinabalu. I tutaj przypomina mi się zdanie Pauli po powrocie z Azji „niesamowite jak Azja potrafi wymęczyć człowieka”. Mogłabym tego dnia własną twarzą reklamować to hasło. Bardzo cieszy powrót do własnego łóżka, łazienki, zadbanego i higienicznego Singapuru…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s