Phuket – turystyka pełną parą

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Miesiąc po, chciałam podzielić się moimi i Gosika wrażeniami z Tajlandii. W planach były to nasze pierwsze wakacje (3 dniowe na wszelki wypadek gdybyśmy miały dłużej tego nicnierobienia nie wytrzymać), kiedy miałyśmy nie robić nic oprócz leżenia na plaży. Kto nas zna choć trochę, nie ma wątpliwości, że wyszło inaczej…

Ja stawiałam opór dłużej. Gosia od razu gdy wpadły jej w ręce ulotki na lotnisku (na marginesie ja, niczym Ewa, podałam jej ten zakazany owoc) wpadła euforię, jak wiele w 3 dni możemy zrobić i zobaczyć. Ja najpierw skarciłam ją spojrzeniem po czym przejęłam ulotki i… entuzjazm udzielił mi się natychmiastowo. Nici z postanowienia o nieróbstwie.

Słodkie plażowanie miało miejsce pierwsze pół dnia. Miałyśmy wielkie szczęście trafić na plażę zupełnie wyludnioną, podczas gdy na Patong Beach nie było możliwości rozłożyć ręcznika… Inni plażowicze jak jeden mąż byli jednego pochodzenia: Rosjanie. Po kilku godzinach ma się wrażenie, że rosyjski jest językiem narodowym Tajlandi. Nawet menu i reklamy są po rosyjsku.

Po pierwszym Phad Thai (uwielbiam, makaron z krewetkami i orzeszkami ziemnymi) i przy najpyszniejszej do tej pory zimnej Kopi (kawa ze skondensowanym mlekiem) udałyśmy się wolnym krokiem kontemplując plażę w kierunku biura podróży. Tak nazwijmy dla formalności ten malutki lokal gdzie na plastikowym krzesełku przed wentylatorem siedziała rano pewna pani i łamanym angielskim opowiedziała o dostępnych atrakcjach i opcjach. Szłyśmy krokiem na tyle wolnym zatrzymane przez olejki kokosowe w okolicznych sklepach, że doszłyśmy, cóż, 15 minut przed pierwszą planowaną wycieczką. Nie jest to pierwsza i z pewnością nie ostatnia sytuacja, kiedy mi i Gosi włączył się tryb „wszystko albo nic” kiedy wiemy, że za wszelką cenę musi być po naszej myśli. Tak więc udało nam się w 15 minut przekonać Pana żeby sprzedał nam wstęp na dzisiejsze show, zorganizował transport (bo według rozkładu bus już odjechał), do tego dokupiłyśmy dwie inne wycieczki i jeszcze w tym całym amoku ujawniły się nasze zdolności negocjacji cen (czegoś jednak nas te studia nauczyły) i za wszystko zapłaciłyśmy 40% taniej.

Busik zawiózł nas do Fantasea, tajskiego parku tematycznego, w którym zwieńczeniem miało być tajskie show: taniec i akrobacje. Nie wierzyłam, że dobrowolnie się wybrałam i zapłaciłam za coś tak typowo dla naiwnych turystów. Jak się okazało, warto być czasem naiwnym turystą. Park okazał się być wielkim „wow”. Poniżej kilka zdjęć, gdyż opisać nie sposób. W chmurach byłyśmy podczas kolacji bufetowej gdzie zajmowałyśmy po trzy krzesełka żeby móc zmieścić wszystko co dało się spróbować. Zaliczyłyśmy jeszcze focie z tygryskiem, który z tej swojej butelki pije najprawdopodobniej środki uspokajające żeby nas nie zaatakować. Szoł z tańczącymi słońmi i akrobatyką, niesamowite.

Dzień dwa i kolejna atrakcja biura podróży: rejs na Phi Phi Islands. W czepku urodzone trafiłyśmy na najlepszego przewodnika, uroczego lady boya z najśmieszniejszym na świecie tajskim akcentem. Do tego najlepsze miejsca na speedboat. Miejsce zbiórki przed wyjazdem nie było obiecujące (patrz zdjęcie), samo przeżycie natomiast spełniło oczekiwania. Jazdę łódką po falach zaliczyłyśmy do przeżyć „dla których warto żyć”, dla mnie na drugim miejscu po startach samolotu. Przystanek pierwszy, Phi Phi Island znana z filmu z Leonardo Di Caprio „The Beach”. Oprócz naszej łódek w tym samym czasie przyjeżdża kilkanaście i każdy turysta ma dla siebie chyba 1m2. Mimo to ani chwili nie żałujemy, bo widoki, z turystami czy bez, są niesamowite. Do tego kolejna grupa fanów: zdarza mi się to w Azji często, że gdy proszę kogoś o zrobienie zdjęcia i jest to przypadkowo młody chłopak z regionu od Indii po Filipiny… kończy się tak że on + wszyscy jego koledzy mają zdjęcie ze mną, które pewnie kończy na ichniejszych fejsbukach. Nawet w pracy takie sytuacje się zdarzają. Syndrom białasa. Wracając do rejsu. Kolejne atrakcje to wyspa małp, gdzie faktycznie jest ich co nie miara, potem przystanek na nurkowanie gdzie też jest co podziwiać i relaks na kolejnej malowniczej wysepce. Gdy Gosia znika na chwilę w łazience, zastaje mnie z małpką, którą już jakiś lokales zdążył wsadzić mi na ręcę, żebym mogła za „jedyne 150 bahtów” zrobić sobie zdjęcie z tą małą małpką w pieluszce. Małpka jest słodka a my dobre w negocjacji cen więc zdjęcia te wzbogacają naszą kolekcję. Na zakończenie wycieczki jeszcze zdjęcie z naszym przewodnikiem, na szczęście za darmo i do tego w bardzo ekspresyjnej pozie. Bus wiezie nas z powrotem do hotelu, przez ulice pełne kabli – te wszechobecne kable nie przestają nas zadziwiać. W tym samym dniu jeszcze spacer po okolicach hotelu, gdzie Rosjanie piją drinki przy muzyce na żywo a ja próbuję fish spa, z małymi rybkami w roli głównej, które mają poobgryzać mi skórę stóp, a które wywołuje u mnie niepohamowane napady śmiechu. Efekt jest niezauważalny. Potem czas na tajski masaż, podczas którego Tajka wykręca mnie na wszystkie strony wchodzi na mnie, siada, i generalnie relaks to nie jest, natomiast myślę, że sama wie lepiej co robi.

Atrakcja dnia kolejnego: jazda na słoniu. Prywatny transport zabiera nas z hotelu do stadniny słoni ze wspaniałym widokiem ze wzgórza na wybrzeże. Zamawiamy godzinną przejażdżkę i mimo że na początku z każdym stąpnięciem słonia już widzimy siebie spadające w dół, potem chętnie siedzimy na jego grzbiecie. Nasz… jak go nazwać… słoński trener? to 22letni weterynarz wyglądający na nie więcej niż 15 lat. Po angielsku rodzaju „Kali jeść Kali pić” opowiada jak słonie są całym jego życiem, jak boi się morza i do niego nie wchodzi, bo morze kojarzy mu się z Tajfunami i z reguły w ogóle nie opuszcza swojej wioski. Na zakończenie Dr. weterynarz słoni zapoznaje nas z lokalną tradycją, która nakazuje pocałować w policzek na pożegnanie nowo poznaną osobę. Po doświadczeniach z Francji, Szwajcarii i nawet Polski, nie wzbudza to naszego niepokoju i dopiero gdy dajemy sobie złożyć na policzku ów pocałunek, orientujemy się, że w ten sposób młody weterynarz pocałował pierwszy raz w policzek dziewczyny, na dodatek białe. Szczyt naszej naiwności. Bo od kiedy to niby w kulturze gdzie nawet ręki sobie nie podają, nagle buziaki na pożegnanie. Udało my się. Cóż w zamian mamy komplet zdjęć na słoniu, za który nie płacimy ani grosza. Jazda na grzbiecie tegoż miłego zwierzęcia wprawia nas w błogostan uwieńczony wyczekanym deserem: Mango Sticky Rice. Już nic więcej nam do szczęścia nie potrzeba. W tej błogości powstaje plan reszty pobytu: pamiątki, pakowanie i plaża do upadłego. Planowanie bardzo dobrze nam wychodzi, jeszcze lepiej natomiast zmiana tych planów. Staje na drodze nam i naszemu planu, parasailing… I znowu negocjacja cen, krótkie przygotowanie i spełnia się marzenie o lataniu: najpierw Gosi a potem moje. Pan który leci z nami i steruje nie jest zabezpieczony w ogóle, trzyma się tylko lin rękami i nogami. My na szczęście odpowiednio zapięte. W całym locie najbardziej dziwi mnie to, że jest to uczucie… żadne. Byłam na ziemi, jestem w powietrzu. Jeśli to takie nic, to ja chcę więcej. Niech tylko spotkam jakiś spadochroniarzy następnym razem.

Do wieczora już tylko relaks na plaży i zachód słońca, w końcu po to tu przyjechałyśmy 🙂 Bezpośrednio z plaży wskakujemy do taksówki na lotnisko i wnosimy do niej kilo piasku. Patrzymy przez szybę na spalonych Rosjanów, którzy w 3 tygodnie pewnie nie zdążyli tyle przeżyć, co my w minione 3 dni…

Aś.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s