Hongkong – to nie dla mnie

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Między Hongkongiem a Singapurem toczy się walka niczym między Warszawą a Krakowem, Madrytem i Barceloną. Tylko, że przepaść dużo głębsza.

Przed wyjazdem słyszałam od znajomych, że na pewno do Hongkongu nie raz wrócę, że jest dużo ciekawszy niż Singapur, że więcej się tam dzieje… Jeśli kiedykolwiek tam moja noga postanie to gdy znajdę, kogoś kto tam mieszka i będzie mógł mi pokazać na czym ten urok Hongkongu polega, bo z perspektywy turysty nie zauważyłam go.

Jeśli ja trzeciego dnia poczułam: „nie chcę tu już nic oglądać, chcę wracać”, to mówi samo przez się 😉

Niezłą łamigłówką było znalezienie noclegu w rozsądnej cenie który nie byłby pokojem 7m2 z łazienką przypominającą kabinę prysznicową z przeszklonymi drzwiami i prysznicem nad sedesem żeby zaoszczędzić miejsce (patrz zdjęcia). Pokój wielkości takiej, że gdy położysz się w poprzek dotykasz nogami i głową dwóch końców dwuosobowego pokoju. Bądź wdzięczny, jeśli masz okno. Chwilę zajęło mi znalezienie pokoju z łazienką, w której można się obrócić i która nie miałaby przeszklonych niczym kabina przysznicowa drzwi. Nie chciałam ryzykować nieprzespanych nocy i… aż tak otwarta na Azję nie jestem.

Ta ciasnota to pierwsze słowo doskonale opisujące Hongkong. Gęsto tu od obskurnych wieżowców przez okna których widać jak mieszkańcy walczą o każdy metr kwadratowy wieszając na oknach co się da.

Drugie słowo to szarość. Co prawda Hongkong otaczają góry i można zrobić sobie też jednodniową wycieczkę na plażę, ale centrum jest wyłącznie betonowe. Parkiem nazywa się mały skwerek z kilkoma drzewkami na krzyż. Najbardziej w całym mieście podobał mi się szczyt ze statuą Buddy, gdzie jest bardzo, bardzo zielono. Nie mogłabym żyć (ani wytrzymać kolejnego dnia) w mieście, gdzie muszę wyjechać daleko na obrzeża, żeby zobaczyć zieleń. Szarość budynków i betonowość (nowe słowo 🙂 ) jest przytłaczająca Do tego trafiłam na typowo szarawą i mglistą pogodę (tylko czy często w Hongkongu jest inaczej niż szaro i mglisto?).

W porównaniu do nie tylko do Singapuru, lecz nawet Tajlandii czy Malezji razi brud i niechlujność. Na ulicach, w restauracjach.

Jeśli chodzi o turystyczne atrakcje, Budda był jedyną nieprzereklamowaną. Pozostałe opisywane w przewodniku jako cuda, były zupełnie przeciętne. Dodam, że korzystam z tych samych stron internetowych i serii przewodników gdziekolwiek jadę 🙂 Lokalny targ, warte zobaczenia ulice, życie nocne, a przede wszystkim spektakl świateł na który czekałam w ulewie przemoczona do suchej nitki, wszystko to okazało się słabą namiastką w porównaniu do Singapuru.

Jedzenie podobnie. Na ulicznych stoiskach, rozpieszczona schludnością Singapuru, nic nie przełknęłabym. Dim Sum, noodle co prawda dobre, ale mam je tu na co dzień. Zaliczyłam podobno najtańszą na świecie restauracje Michelin i jedzenie ok, a atmosfera też całkiem autentyczna. Obsługa w Hong Kongu jest bardzo, ale to bardzo niemiła. Ponaglają i krzyczą gdy czegoś nie rozumiesz lub o coś pytasz. Czy muszę dodawać, że niewiele napisane jest po angielsku ? Zamawianie jedzenie to łamigłówka. Stoisz w kolejce z masą pytań w głowie, bo nie wiele z menu rozumiesz, dochodzi twoja kolej, masz 2 minuty na zamówienie zanim obsługa zacznie się niecierpliwić a ty narazisz się na ostracyzm społeczny, bo tamujesz kolejkę.

Więc podejmujesz ryzyko i zamawiasz. Tak było w przypadku mojego śniadania które okazało się być blokiem ryżowym (co w Azji nazywa się „Cake”) o smaku owoców morza, do tego kawa gorsza od najgorszej szpitalnej bawarki (mowa tu o polskich szpitalach publicznych 🙂 ). Do tego słysząc jak wszyscy dookoła siorbią ich różne dziwne śniadaniowe dania, po dwóch kęsach opuściłam kawiarnię. Zdarzyło mi się w Azji już kilka razy, że coś okazało się dla mnie zupełnie niezjadliwe lub otoczenie w którym miałam jeść mi mój posiłek zbytnio obrzydzało (rodzina potwierdzi, że nigdy nie marudziłam przy jedzeniu i rzadko czegoś nie lubię 🙂 ), ale w Hong Kongu, może miałam wyjątkowego pecha, doznawałam takiego wrażenia zbyt często.

Fascynowało mnie Makao: jak w Chinach może istnieć portugalska kultura, więc wybrałyśmy się na jednodniową wycieczkę. Prawdziwe przeżycie zobaczyć tłumy, ale to tłumy, turystów z Chin zachwycających się paroma na krzyż budynkami przypominającymi Lizbonę i resztkami europejskiej architektury. Jakby resztki Lizbony w chińskiej brzydocie, a dla nich (co zupełnie zrozumiałe) wycieczka do innego świata. Na każdym kroku sprzedają słynne lizbońskie „pastel de nata” czyli małą tartę z kremem śmietanowym. Jako że do 1999 roku portugalski był językiem urzędowym, w miejscach publicznych do dziś widać napisy po chińsku i portugalsku (wreszcie mogę rozszyfrować o co chodzi). Wizyta w Makao to cenne doświadczenie, natomiast pod względem brzydoty, szarości i brudu… jest dużo gorzej niż w Hongkongu i zupełnie mnie to odpycha od wizyty w „prawdziwych” Chinach (choć znając mnie, jak się nadarzy okazja to moja ciekawość mnie tam poniesie 🙂 ).

Chińczycy jeszcze częściej niż po europejską architekturę, przyjeżdżają tu do kasyn. Pod tym względem to podobno drugie Las Vegas. Odwiedziliśmy Venetian, centrum handlowe z kasynem, które do złudzenia i bardzo autentycznie przypomina Wenecję. W kasynie nawet babcie oddają się hazardowi. Dla mnie jak inna rzeczywistość. Musiałabym się drugi raz urodzić (zapożyczone od Agnieszki 🙂 ) żeby wybrać się na wakacje do kompleksu centrum handlowego z kasynem. Mój kolega z pracy, Chińczyk, za zupełną normalność uważałby wyjazd z rodziną na wakacje do Venetian. Zwariowałabym.

Wracamy do Hongkongu tego samego dnia i jemy kolację w bardzo autentycznej restauracji wśród samych miejscowych. Kolega zamawia… gołębia. Tak, gołębia, nie gołąbki. W menu także np. papka z płytew rekina. Na deser słodka zupa z czerwonej fasolki.

Mimo że do Hongkongu wrócić nie planuję i było to chyba pierwsze miejsce z którego miałam ochotę wyjeżdżać jak najszybciej, nie żałuję. Nie polecam jako wycieczkę z Europy i nawet nie radzę marnować tam czasu podczas wyprawy po Azji, jeśli nie jest ona kilkumiesięczna. Natomiast bardzo się cieszę, że zobaczyłam to miasto na własne oczy i przekonałam się, że Hongkong zupełnie nie jest dla mnie.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Hongkong – to nie dla mnie

  1. Miło przeczytać opinię o Hongkongu, która odbiega od utartego stereotypu o tym mieście. Z Twojego postu widać, że warto odwiedzać różne miejsca (miasta), żeby wyrobić sobie o nich własną opinię. Dopiero na miejscu okazuje się, że nasza pierwsza wizyta jest też ostatnią 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s