Daleko od gniazda (czyli: pisklak nie rodzi się z umiejętnością fruwania)

DSC_0569

Podczas obiadu wywiązała się dyskusja, na temat przyszłości córki jednego z kolegów z pracy… czy ma pójść na studia w Singapurze, czy wyjechać do Europy… czyli: czy dać dziecku skrzydła, mimo że opuszczenie gniazda nie jest ani łatwe, ani bezpieczne… czy trzymać je przy sobie…

Siedzimy przy stole w Singapurze i debatujemy: dwóch Malajów, którzy skończyli studia w Australii, Chińczyk z kanadyjskim paszportem, bo tam studiował i mieszkał 10 lat, Koreanka, którą znam już z genewskiego biura i ja, na pierwszy rzut oka nie pasująca do azjatyckiej konwencji…

Azjaci są w dużej mierze zwolennikami gniazda… widzę jak moi rówieśnicy są dużo mniej niezależni niż my… Singapurczycy najczęściej mieszkają z rodzicami do momentu własnego ślubu. Jednym z największych szoków kulturowych w Azji jest dla mnie, jak bardzo lokalni rodzice starają się ochraniać swoje dzieci… Głównie ci chińskiego pochodzenia. Dzieci zamiast się wybiegać i wyszaleć, już jako kilkulatki spędzają większość szkolnego dnia w ławkach… Na osiedlowym placu zabaw dziecko ochraniane jest z każdej strony, nie może nic dotknąć ani zbadać samo…

Przykład nadopiekuńczości zza ściany: sąsiadka odprowadza 12 letniego syna na przystanek autobusowy, bo przecież sam nie może przechodzić przez ulice (z sygnalizacją świetlną…). Matka już z rocznym wyprzedzeniem przeżywa egzamin 12latka, na zakończenie szóstej klasy… W pracy słyszę bardzo często, jak które dziecko ma ciężko w szkole… w takich kategoriach, w jakich my mówimy raczej tylko o maturze.

Rodzice mają z reguły od najmniejszego bardzo wysokie oczekiwania i wygórowane plany jeśli chodzi o edukację i karierę swojego dziecka. Może pochodzi to od chińskiego modelu jednego dziecka (zniesionej dopiero od początku bieżącego roku), bo wiadomo gdy można mieć tylko jedno z rządowego „przydziału” to i na nim skupiają się wszelkie oczekiwania i ambicje… ? W Singapurze dominują rodziny z dwójką dzieci, parcie na sukces dzieci od najmłodszych lat jest silnie zakorzenione w sposobie myślenia.

Podczas gdy nadopiekuńczość i nadmierną przezorność raczej obserwuję u rodzin pochodzenia chińskiego, dzieci hinduskie, filipińskie, indonezyjskie są z reguły głośniejsze i mają więcej swobody (w stylu, „przewróci się, to się nauczy”). Natomiast parcie na wyniki jest z reguły równie silne.

W szkołach konkurencja i presja jest wyższa niż w niejednej firmie. Natomiast… niejednokrotnie brakuje umiejętności miękkich, co na pierwszy rzut oka można zauważyć w miejscu pracy.

Rodzice nie pozostają bez istotnego wpływu w dorosłym życiu. Jak to ujął mój kolega: „moja córka wie, że najważniejsza dla mnie jest ona, potem jej babcia, a potem jej mama…”

Rodzina jest najważniejszą wartością… tak, dla nas też, ale tutaj zdumiewa mnie jak silna jest ta więź… żywe przywiązanie. Żyją w bardzo bliskiej więzi całe życie, podczas gdy w zachodnim kręgu kulturowym te więzi w naturalny sposób stają się w pewnym wieku luźniejsze. Oczywiście wszystko zależy od przypadku, ta bliskość tutaj nabiera wymiaru często takiego, który mnie wręcz zdumiewa. Jest to piękne, ale jak wszystko, w nadmiarze szkodzi.

Tak wiec nadal toczyła się nasza dyskusja… kolega Chińczyk (wbrew paszportowi) mówi, że on w ogóle nie rozumie idei wysyłania dzieci daleko. Jego córka ma być przy nim całe życie. Wyprowadzą się do Europy całą rodziną, jeśli ona pójdzie tam na studia, żeby być z nią…

Widząc mój wyraz twarzy, dodaje: „no, gdyby ona była taka jak ty, to oczywiście nie miałbym problemu, żeby puścić ją samą…”

Taka jak ja?! rozmawiasz ze mną po tym, gdy ja już te wszystkie doświadczenia zdobyłam i przeszłam ta drogę… nie byłabym tym osobą, którą jestem dziś, gdybym nigdy nie odważyła się wyjść z domu… a dzieckiem byłam zalęknionym i nie odklejałam się od rodziców… odważyłam się spędzić noc sama poza domem dopiero gdy miałam dopiero 7 lat. Za rodzicami jeszcze kilka lat potem płakałam często, gdy nie było ich obok…

Czuję, że wielu znajomych myśli o mnie podobnie, w kategoriach: „tobie się i tak uda, ja tam się mam czego bać”. „Tam to ja nie mogę pojechać, tego zrobić nie mogę, bo to wiesz, tak ciężko i niebezpiecznie… ale, nie, nie dla Ciebie to nie…”. Jakbym była z innej gliny. A jestem z tej samej, tylko.. musiałam wiele strachów i trudności oswoić (i do dziś zresztą muszę). Albo: „gdyby ktoś dał mi to wszystko, co Ty tam masz to też bym się nie zawahał wyjechać”. Trudność w tym, że nic nie było mi dane… za to ja dawałam z siebie wszystko. 

Słyszę to nie tylko ja, myślę, że wielu żyjących z daleka od domu bardzo dobrze wie ,o czym mówię…

Tak więc przypomnieliśmy sobie, wszyscy obiadowi biesiadnicy, że to, co jest naszą codziennością, nie jest takie „hop siup”… na co dzień zapominamy,  że krok w nieznane to nie tylko super przygoda, ale i stres, poświecenie, rozłąka i wiele innych życiowych łamigłówek do rozwiązania. Na szczęście szybko się zapomina o wszystkich trudnościach, wyzwaniach, stresach, samotności, upadkach i wzlotach… nie, nie urodziłam się taka. Dzielna i zaradna się dzięki temu wszystkiemu stałam.

Nie zmierzam do tego żeby wszystkich wysłać na koniec świata na trening przetrwania. Pozostań w swojej strefie komfortu, jeśli leży to w Twojej naturze i dobrze się z tym czujesz ! Ja wiem, że w nadmiarze rutyny i komfortu, po prostu się duszę. Nie mówię też, że za tym wszystkim trzeba udać się jakąś konkretną ilość kilometrów. Chodzi o wyjście z gniazda i strefy komfortu czy jest to dom, miasto czy kraj, czy jakakolwiek dziedzina życia, która nas ogranicza.

„Moja córka musi być przy mnie”…  Mówię więc koledze, „o czyim szczęściu to mowa…???” Chcesz zatrzymać ją na siłę przy sobie, bo TOBIE tak lepiej. A JEJ szczęście… ?

Tak wiec przekonujemy kolegę dalej, jak studia na innym kontynencie otworzą jego córce horyzonty.. „A Ciebie rodzice namawiali żeby wyjechać..?” pytają mnie. Nie, nigdy! oni ZACHĘCALI mnie do wyjazdu nawet gdyby ich to bolało, bo dzięki Bogu wiedzieli… że trzeba zrobić pierwszy krok z gniazda, żeby nauczyć się fruwać.

W Dniu Matki bardzo dziękuje mamie i, z wyprzedzeniem, z okazji Dnia Ojca, obojgu rodzicom, że dali mi skrzydła i wypchnęli z gniazda, żebym nauczyła się samodzielnie (daleko) fruwać. Dziękuję, że nie pokazywali za bardzo jak się boją i martwią, żeby mnie jeszcze bardziej nie straszyć. I za te wszystkie powtarzane, nawet gdy płaczę przy pożegnaniach (pożegnania, mimo że mam w nich ogromne doświadczenie, są nadal moją piętą achillesową 😉 ) … „jeśli Ty jesteś tam szczęśliwa, to my jeszcze bardziej…”

*na blogu piszę o moich doświadczeniach i subiektywnych obserwacjach otaczającej mnie rzeczywistości. Nie jestem ekspertem, badaczem naukowym, socjologiem ani innym merytorycznym specjalistą* 
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s